• Youtube
  • Facebook
  • Szukaj

Dwie sylwestrowe noce: Breslau ‘44 i Wrocław ‘45

Trwające do białego rana zabawy urządzane w hotelach, restauracjach i prywatnych domach. Znalezione na strychach cylindry, przerobione na garnitury poniemieckie fraki i uszyte naprędce suknie balowe. Do tego muzyka z adaptera, tańce i dobre humory. Tak wyglądała pierwsza powojenna sylwestrowa noc we Wrocławiu spędzana przez Polaków. Jakże inna była od tej wcześniejszej, w 1944 r., gdy nowego roku oczekiwały m.in. tysiące cudzoziemskich robotników przymusowych, w tym Polaków...

29.12.2025

Pod koniec grudnia 1946 r., w świątecznym wydaniu „Pioniera”, Tadeusz Porębski tak pisał, odnosząc się do minionych świąt Bożego Narodzenia w ostatnich dwóch latach:

Te dwa wieczory wigilijne – 1944 i 1945 r. – zawarły między sobą więcej chyba, niż którekolwiek inne, zmian, przewrotów, wrażeń… Wszystkiego tego, co znamionuje intensywność życia.

Podobnie można określić sylwestrowe noce – ostatnie noce 1944 i 1945 r. Tylko rok różnicy, a jaka zmiana…

 

Sylwester ’44 w wojennym Wrocławiu – ostatni w Breslau

Sylwester – ostatni, jak się okazało, w niemieckim Wrocławiu – obchodzony był w ogromnym napięciu. W 1944 r. Wrocław był jednym z ostatnich dużych niemieckich miast, które jeszcze nie były dotknięte działaniami wojennymi. Co prawda miał już za sobą pierwsze sowieckie bombardowania, do których doszło 7 października 1944 r., jednak najgorsze miało dopiero nadejść. W grudniu 1944 r. był już twierdzą – Festung Breslau. Trwały gorączkowe przygotowania do obrony miasta, które decyzją władz III Rzeszy miało się bronić do, przysłowiowej, ostatniej kropli krwi. Wrocław był wówczas miastem zamieszkałym przez około milion osób – to znacznie mniej niż obecnie, a warto mieć na uwadze, że wówczas pod względem terytorialnym Wrocław był mniejszy o blisko 120 km2.

Nerwowość, napięcie i lęk udzielały się wszystkim, także w czasie świąt Bożego Narodzenia. Alarmy lotnicze były coraz częstsze, nie brakowało ich także w samą wigilię i w kolejnych dniach, aktywność sowieckich nalotów wyraźnie bowiem wzrosła w grudniu 1944 r. Choć jeszcze wtedy nie dochodziło do poważnych bombardowań, to jednak obecność sowieckich maszyn nad wrocławskim niebem wywoływała strach, nerwowość i przeświadczenie, że dotychczasowy spokój wkrótce dobiegnie końca. Spodziewano się, że lada dzień ruszy wielka sowiecka ofensywa.

Agnieszka Walkowiak, w styczniu 1942 r. wywieziona przez Niemców z rodzinnych okolic Wielunia na roboty przymusowe do Rzeszy i od tego czasu pracująca w wojennym Wrocławiu, tak wspominała po latach ten czas: 

Rok 1944. Wojska radzieckie tuż, tuż. Trzeba się było przygotować i zabezpieczyć linią okopów. Wszystkie przedsiębiorstwa i zakłady musiały oddać część swoich robotników, tak cudzoziemskich, jak i niemieckich do dyspozycji władz. Artyści z teatrów, akrobaci z cyrków, studenci szkół wyższych, właściciele sklepów i różnych zakładów, które wskutek wojny podupadły i nie posiadały dostatecznych obrotów – musieli stanąć do pracy przy kopaniu okopów. Pozostałym przedłużono liczbę godzin czasu pracy. Oprócz tego ludność miast pogranicznych musiała w niedzielę obowiązkowo wyjeżdżać do pomocy przy kopaniu okopów.

Stefan Kuczyński – lekarz, powstaniec wielkopolski i aktywny działacz Polonii Wrocławskiej, który w czasie wojny leczył i niejednokrotnie ratował Polaków przebywających w Breslau na robotach przymusowych, okres świąt Bożego Narodzenia i dni późniejszych wspominał tak: 

Panowało wśród ludności miasta – pod koniec wojny przeszło milionowego – przygnębienie. Wszystko płynęło niby swym nurtem uregulowanym, a jednak wkradło się coś obcego do znanego nam obrazu ulicy, do naszego życia domowego. Widzieliśmy – w takim Wrocławiu rzecz niebywała – całe stada bydła pędzonego ulicami do rzeźni miejskiej, spotykaliśmy kolumny pojazdów ciężarowych z tajemniczym ładunkiem szczelnie przykrytym brezentem, to znów inne zespoły samochodów przewożących worki i skrzynie z żywnością […]. Nocami wywożono z gmachów urzędowych i banków akta, z większych sklepów cenniejsze towary, z muzeów, domów prywatnych i kościołów dzieła sztuki i kosztowności. Usuwano pomniki […], wywożono je za miasto i zakopywano w ziemi.

Wielu przeczuwało, że zbliża się kataklizm, a z nim może i koniec tej trwającej już kilka lat wojny. Okołoświąteczna nostalgia, nadzieja na zakończenie wojny i odzyskanie wolności, strach przed tym, co nadejdzie, tęsknota za bliskimi – to emocje, które najczęściej towarzyszyły polskim robotnikom przymusowym przebywającym w wojennym Wrocławiu. Wielu z tych, którzy uszli z życiem, widząc obracającą się w ruinę powstańczą Warszawę, sądziło zapewne, że nic gorszego ich już nie spotka. Niestety, mylili się. Trafnie ujął to Edmund Jaxa-Nagrodzki

Mówiłem, że Wrocław za pół roku będzie polskim miastem. […] Dochodziły pomyślne wiadomości z frontu zachodniego i wschodniego, i każdy wiedział, że wojna zbliża się ku końcowi, i że następne Boże Narodzenie będziemy obchodzić już w domu i w niepodległej Polsce. Nikt z nas przy końcu 1944 r., w czasie Bożego Narodzenia i na Sylwestra, nie przewidział jednak tragedii i martyrologii, jaka nas spotka we Wrocławiu. Nikt nie przewidział, że znajdziemy się bezpośrednio na froncie, że znajdziemy się w oblężonym mieście oraz, że Wielkanoc 1945 r. będzie najtragiczniejszym dniem naszego pobytu we Wrocławiu.

Dla cudzoziemskich robotników przymusowych osadzonych w kilkudziesięciu niemieckich obozach pracy sylwestrowa noc nie różniła się praktycznie niczym od pozostałych. Ze wspomnień wynika, że w niektórych obozach nieco tylko rozluźniła się atmosfera, bo niemieccy strażnicy najwyraźniej świętowali.

Mieczysława Żórawska do wojennego Wrocławia trafiła wraz z trojgiem dzieci, w jednym z wielu transportów cywilów z powstańczej Warszawy. Osadzono ją w obozie pracy utworzonym w szkole podstawowej na dzisiejszym Sępolnie przy obecnej ulicy Rafała Krajewskiego 1, gdzie w sumie trafiło około 800 kobiet wraz z dziećmi do lat 14. Wojenną sylwestrową noc po latach wspominała tak:  

Jedna była tylko noc, kiedy nas zupełnie nikt nie pilnował, ale mnie obarczono odpowiedzialnością. Była to noc sylwestrowa. Bałam się ucieczek, więc też nikt nie wiedział, że nie jesteśmy pilnowane.

Wiele osób przeczuwało wówczas, że zbliża się kataklizm. Właśnie dlatego Boże Narodzenie i Sylwester w 1944 r. po latach kojarzyć się będą jedynie ze wszechogarniającym napięciem. 

 

„Piekło na ziemi”, czyli pierwsze miesiące 1945 r.

Krótko po Sylwestrze rozpoczęło się to, co niektórzy przewidywali – „piekło na ziemi”, jak wspominali polscy robotnicy przymusowi.

Najpierw, 19 stycznia 1945 r. gauleiter Karl Hanke wydał rozkaz ewakuacji niemieckich cywilnych mieszkańców około milionowego miasta. Stało się to dopiero dzień po sowieckim ataku bombowym na wrocławskie węzły kolejowe. Szacuje się, że między 19 stycznia a 8 lutego 1945 r. dobrowolnie lub pod przymusem miasto opuściło nawet 700 tys. mieszkańców, z których blisko 100 tys. zginęło z zimna, zmęczenia, głodu lub zostało stratowanych przez tłum. Równolegle z ewakuacją ludności cywilnej odbywała się ewakuacja licznych urzędów i różnych placówek.

W ślad za ewakuowaniem niemieckich mieszkańców wojennego Wrocławia, pod koniec stycznia 1945 r., miasto zaczęli opuszczać więźniowie wrocławskich filii KL Gross-Rosen. Stało się to w następstwie wydanego po szybkiej ofensywie wojsk sowieckich rozkazu ewakuacji obozów koncentracyjnych położonych w pobliżu linii frontu. Z wojennego Wrocławia w kierunku obozu macierzystego jako pierwsi, bo już 23 stycznia 1945 r., wyruszyli więźniowie AL Breslau-Lissa znajdującej się na terenie dzisiejszej Leśnicy. Marsz więźniów z ulokowanych w centrum miasta filii Breslau I oraz Breslau II (teren powojennego Dolmelu, obecnie Dozamelu, a także Pafawagu) trwał ponad tydzień, a rozpoczął się pomiędzy 24 a 26 stycznia. Najprawdopodobniej 24 stycznia ewakuowano kobiecą filię FAL Breslau-Hundsfeld, znajdującą się na terenie obecnego Psiego Pola w rejonie ulicy Bierutowskiej. Trwające przynajmniej kilka dni marsze z uwagi na ich warunki i przebieg określa się mianem „marszów śmierci”.

O ewakuacji cudzoziemskich robotników przymusowych nikt nawet nie myślał – to oni mieli zostać zapędzeni do najcięższych i najtrudniejszych prac, m.in. przy tworzeniu okopów, zapór, a od marca 1945 r. przy budowie wewnątrzmiejskiego lotniska w rejonie obecnego placu Grunwaldzkiego.

W połowie lutego 1945 roku zamknął się pierścień wojsk sowieckich wokół Festung Breslau. Kto nie dał rady wyjechać z miasta-twierdzy, teraz musiał tu pozostać. Wielkanoc 1945 r. w Breslau była równie tragiczna zarówno dla pozostałych w mieście niemieckich mieszkańców, jak i cudzoziemskich robotników przymusowych. Nie wszyscy, którym dane było spędzić w Breslau Boże Narodzenie 1944 r., doczekali kapitulacji Festung Breslau i końca wojny.

 

Sylwester ’45 we Wrocławiu – pierwszy po wojnie 

Jakże inna była sylwestrowa noc 1945 r. od tej z 1944 r. Ślady zakończonej niewiele ponad pół roku wcześniej wojny były jeszcze mocno widoczne w mieście, a do normalizacji sytuacji było jeszcze bardzo daleko... W grudniu 1945 r. Wrocław zasypany był śniegiem, dzięki czemu pełne gruzów i wypalonych ruin ulice za dnia nie wyglądały przygnębiająco, a w nocy i tak tonęły w ciemnościach. Pełne Niemców i napływających powoli polskich osadników miasto opustoszało w czasie świąt Bożego Narodzenia. Pozostali w mieście Niemcy świętowali w ukryciu, a większość nowych mieszkańców wyjechała z miasta do swoich rodzin w innych częściach Polski. Niektórzy poza miastem pozostali aż do początku stycznia, inni wrócili do Wrocławia, by w nim spędzić sylwestrową mroźną noc.

Choć w 1945 r. we Wrocławiu nie było jeszcze sal balowych, to w odremontowanych pobieżnie po wojennych zniszczeniach salach hotelowych i restauracyjnych organizowane były zabawy sylwestrowe – najwięcej w centrum miasta przy dzisiejszej ulicy Marszałka Józefa Piłsudskiego (dawniej ulica Ogrodowa). Ogłoszenia pojawiały się na afiszach i w lokalnej prasie, m.in. w „Pionierze” i brzmiały np. tak:

Restauracja Hotelu Krakowskiego, Wrocław, ul. Ogrodowa 88, urządza Wielką Zabawę Sylwestrową, na którą zaprasza miłych gości. Przygrywać będzie znany zespół orkiestry JAWO. Występy artystyczne. Moc niespodzianek. Początek o godz. 20.00. Bufet i kuchnia obficie zaopatrzone. Wstęp wolny. Prosimy o wcześniejsze zamawianie stolików. 

Sylwestra najprzyjemniej spędzisz w Bałtyku, ul. Ogrodowa 40. Występy artystyczne. Moc niepodzianek. Doborowa orkiestra jazzowa. Uprasza się o wcześniejsze zamawianie stolików. 

Wieczór sylwestrowy spędzisz mile przy muzyce i tańcu w salach restauracyjnych Hotelu Monopol, Wrocław, pl. Wolności.

 

Zarówno zabawy w takich miejscach, jak i spotkania w mieszkaniach prywatnych w mniejszym gronie, trwały od wczesnego wieczora (przed zapadnięciem zmroku) do białego – dosłownie – rana, a głównym powodem było bezpieczeństwo. Szczególnie nowi polscy mieszkańcy miasta bali się poruszać po ciemnku po niezbyt dobrze znanym sobie mieście, pełnym szabrowników. 

Ciekawą ofertę miał dla wrocławian np. Teatr Ludowy, w którym z noworocznym programem występowała orkiestra pod batutą Adama Stefańskiego. Występy zostały zapowiedziane na trzy dni: 30 grudnia o godz. 14.30 i 17.00, 31 grudnia o godz. 17.00 oraz 1 stycznia o godz. 14.30 i 17.00. Do skorzystania z oferty zachęcić miały nie tylko walory kulturalne i artystyczne, ale także niezwykle istotne w tamtym czasie inne kwestie, które ogłoszono na afiszu słowami:

Sala ogrzana. Dojazd tramwajem i autobusem. Przystanki obok teatru. 

Choć z dzisiejsze perspektywy może się nam to wydawać śmieszne lub mało istotne, to wówczas fakt, że kilka godzin można było spędzić w ogrzanej sali, był równie ważny, jak względy bezpieczeństwa i to, że z przystanku jest blisko do teatru. 

Nowy Rok witano także w kilkunastu wrocławskich kościołach, m.in. w świątyni ojców redemptorystów przy obecnej ulicy Edwarda Wittiga, gdzie wzruszające kazanie wygłosił jeden z zakonników, który mówił m.in. o działalności przedwojennej wrocławskiej Polonii oraz prawie Polaków do Wrocławia.

Niezwykłą zabawę urządzili sobie pionierzy życia akademickiego. Ich sytuacja różniła się nieco od tej, w jakiej znaleźli się przesiedleni do Wrocławia pod przymusem np. mieszkańcy utraconych Kresów Wschodnich, którzy przez długi czas czuli się w nowym miejscu obco, a dominującym uczuciem była tęsknota za utraconymi rodzinnymi stronami. Członkowie Grupy Naukowo-Kulturalnej – tej, której pierwsi członkowie dotarli do Wrocławia już 9 i 10 maja 1945 r. – w sylwestrową noc przede wszystkim świętowali sukces. Niewątpliwie było nim uruchomienie 15 listopada w pełnym gruzów mieście szkół wyższych: Uniwersytetu Wrocławskiego i Politechniki Wrocławskiej. Były to dwie odrębne uczelnie, które jednak przez kilka pierwszych powojennych lat funkcjonowały w ścisłej wspólnocie akademickiej, połączone nie tylko administracyjnie, personalnie i finansowo, ale też nazwą, która brzmiała "Uniwersytet i Politechnika we Wrocławiu". Radość z faktu uruchomienia uczelni była tak wielka, że w tę wyjątkową sylwestrową noc – pierwszą w powojennym Wrocławiu – przyćmiła inne uczucia, jak choćby tęsknotę za zostawionymi gdzieś daleko, np. na Kresach, domami rodzinnymi, czy utraconymi w wyniki działań wojennych bliskimi. Organizatorzy powojennego życia akademickiego z nadzieją patrzyli w przyszłość i zbierali siły do kolejnych zadań, jakie przed nimi stały, a tych było wiele.

Sylwestrowa zabawa w gronie pracowników Uniwersytetu i Politechniki zorganizowana została przy ulicy Parkowej 5, w dużej willi Stanisława Jóźkiewicza – pochodzącego ze Lwowa jednego z organizatorów Wydziału Lekarskiego. Profesor Edward Zubik, pochodzący ze Lwowa biolog, żołnierz Armii Krajowej i powstaniec warszawski, który do Wrocławia trafił jeszcze w czasie wojny, skierowany tu wraz z rodziną do pracy przymusowej i osadzony w niemieckim obozie pracy Burgweide na terenie dzisiejszych Sołtysowic, wspominał po latach:

Był zimowy, wyiskrzony gwiazdami i mrozem, śnieżny wieczór sylwestrowy roku 1945. Przy ulicy Parkowej […] prof. [Wiktor] Gorzelany z małżonką i szereg innych profesorów, jak profesorostwo Szniolisowie, profesorostwo Falkiewiczowie, profesor [Stanisław] Jóźkiewicz, profesor [Stanisław] Kulczyński, pani [Janina] Tuszkiewiczowa, profesorostwo Stangerbergowie, inżynier Stryjski ze swoją kuzynką śpiewaczką Grażyną [Zahajkiewicz] urządzili piękny składkowy wieczór sylwestrowy.

Profesor Antoni Falkiewicz, lekarz kardiolog i jeden z pionierów powojennej wrocławskiej medycyny, wyjaśniał:

Czy ktoś chciał czy nie chciał, to zabawa musiała trwać od wczesnego wieczora na Sylwestra zanim jeszcze zapadły zupełne ciemności do wyraźnego dnia noworocznego. Chodzenie po ulicach w tych warunkach, jakie wówczas panowały, było niebezpieczne, dlatego uczestnicy tej zabawy rekrutowali się w większej części z ludzi, którzy mieszkali w budynkach uniwersyteckich podówczas.

Oprócz organizatorów w zabawie sylwestrowej brali udział m.in. rektor Uniwersytetu i Politechniki prof. Stanisław Kulczyński, prorektor do spraw Politechniki prof. Edward Sucharda, a także ci, którzy dwanaście miesięcy wcześniej ostatni dzień 1944 r. spędzali w Festung Breslau w skrajnie odmiennych warunkach, m.in. profesorowie Edward Marczewski, Dionizy Smoleński i Edward Zubik, wszyscy z żonami.

Pamiętam nastrój, taki bardzo rodzinny. Wśród tych osób było dużo takich, które spędziły tutaj parę lat na ciężkich robotach. […] Rok temu nie mogli się oni spodziewać, że spędzą na zabawie wśród swoich w wieczorowych strojach [następnego] Sylwestra

– wspominała Janina Tuszkiewiczowa, dodając:

W tej pierwszej zabawie sylwestrowej dominował nastrój optymizmu, zapału. Człowiek czuł się bardzo potrzebny, a to jest właśnie potrzebne do dobrego samopoczucia. Pierwsza uniwersytecka zabawa sylwestrowa trwała blisko pół doby – od godzin wieczornych 31 grudnia do wczesnych godzin porannych w Nowy Rok.

Według relacji prof. Mariana Stangenberga, limnologa, to nie był właściwie bal w całym tego słowa znaczeniu:

To było spotkanie sylwestrowe ludzi, których razem we Wrocławiu złączyły różne koleje życia. Wiadomo, że w jedności siła. […] Atmosfera była na pewno nie gorsza, a kto wie, czy nie bardziej podniosła, aniżeli dzisiaj na niejednej zabawie.

Jak wspominała Janina Tuszkiewiczowa:

stroje były przedziwne, zmontowane z przedwojennych poniemieckich ciuchów. Głównym atrybutem stroju wieczorowego był cylinder. […] Cylinder był jak maska na bal maskowy.

Małżonki profesorów stroje balowe wykonały z różnych, nietypowych niekiedy materiałów, mężczyźni przerabiali zaś stare poniemieckie fraki na coś, co miało przypominać garnitury. Wacława Stangenberg wspominała:

To był bal kostiumowy. Każda z pań starała się uszyć suknię na ten bal. Ja jako cyganka występowałam i właśnie o północy kiedyśmy wznieśli toast, wróżyłam profesorowi Kulczyńskiemu. Bardzo było wtedy przyjemnie i wesoło. Żona gospodarza zabawy, pani Jóźkiewiczowa, była przebrana za Greczynkę, a żona profesora Zubika – za piratkę.

Córka państwa Zubików, Elżbieta Zubik-Pielka, wspominała po latach:

Pamiętam, że moja mama miała na ramieniu wymalowany tatuaż. Gdy ruszała ręką, ta postać też się ruszała.

Jednym z punktów programu było przedstawienie wyreżyserowane przez gospodarza domu. Jak wspominał prof. Edward Zubik:

wszyscy brali [w nim] udział, a przedstawienie miało za zadanie przedstawić ówczesną modną postać szabrownika. Śmialiśmy się wszyscy, jak rozmaite osoby – odpowiednio przebrane – wchodziły i reprezentowały różne typy ówcześnie znanych szabrowników. Było uciechy co nie miara, kiedy na końcu profesor Jóźkiewicz został wprowadzony jako uwięziony, a prokurator i milicja oskarżała go o tak zwany szaber, i był to szaber naukowy.

Zabawa przy adapterze trwała do białego rana, umilała ją ponadto Grażyna Zahajkiewicz, która grała na pianinie i śpiewała modne wówczas piosenki. Gości szczególnie wzruszył utwór „Warszawo, ty moja Warszawo”.

Wesoły nastrój został jednak zmącony około godziny piątej nad ranem. Jak relacjonował prof. Antoni Falkiewicz:

Nagle rozległ się dzwonek u drzwi wejściowych, bo był akuratnie dzwonek w tym mieszkaniu. To wywołało pewnego rodzaju konsternację. Ponieważ ja byłem w mundurze, to na mnie padł los, że mam być tą osobą, która wyjdzie. Najpierw wyjrzeliśmy przez okienko obok kuchni i zauważyliśmy, że wśród trzech osób, które tam były, jedna jest w mundurze. Jest to oficer. No to tym bardziej ja już się poczułem zobowiązany do wyjścia. Przyznam się, że z dość dużym strachem wyszedłem. Okazało się, że bardzo uprzejmym tonem i zażenowany ten oficer, zdaje się major, powiada, że on bardzo przeprasza, ale on pyta, gdzie tu jest ulica… – o ile sobie przypominam, padła nazwa którejś z ulic najbliższego sąsiedztwa. Myśmy mu powiedzieli, że także tej ulicy nie znamy, nie wiemy, nie możemy mu nic powiedzieć. On w takim razie bardzo przeprosił i poszedł dalej z myślą, że może jednak spotka kogoś takiego, kto będzie mógł mu udzielić informacji. W ten sposób z tym małym incydentem, który okazał się dość przyjemny i charakterystyczny dla tej nocy, a raczej dla tego okresu, zabawa trwała jeszcze do białego, dosłownie, rana.

Jakie znaczenie miała ta wspólna zabawa w pierwszą sylwestrową noc w polskim Wrocławiu? Celnie ujął to prof. Antoni Falkiewicz:

W pamięci mojej odzywa się ta zabawa jako jeden z aktów wstępnych bliższego poznania się pracowników różnych wydziałów Uniwersytetu i Politechniki. Niewątpliwie ona, jak i późniejsze liczne spotkania, nie o charakterze zabaw, ale o charakterze spotkań dyskusyjnych, naukowych czy organizacyjnych przyczyniały się walnie do zacieśnienia stosunków pomiędzy początkowo poszczególnymi wydziałami olbrzymiej uczelni, eksperymentalnej niejako, Uniwersytetu i Politechniki, i są one początkiem tych zażyłych stosunków, jakie do tej pory istnieją pomiędzy obecnie licznymi rozdzielonymi, jak wiadomo, od roku 1950 uczelniami wyższymi.

Zabawa zakończyła się odtańczeniem o świcie białego mazura, po czym około godziny ósmej rano w Nowy Rok goście rozeszli się do swoich mieszkań. 

Wspominając po piętnastu latach tego sylwestra, prof. Edward Zubik mówił:

Tak więc rozpoczął się dla nas nowy rok 1946, dla nas pionierów niezwykle pracowity i ciągle zaskakujący nas ogromem problemów. Często nas oszałamiający swą złożonością i różnorodnością. Ale wiedzieliśmy jedno: że budujemy zręby dzisiejszego silnego nauką i kulturą ośrodka wrocławskiego.

Takie odczucia towarzyszyły nie tylko pionierom życia akademickiego, ale zapewne wielu innym, dla których Wrocław miał się stać nowym miejscem na ziemi...

 

Kamilla Jasińska
zastępca dyrektora Oddziału IPN we Wrocławiu


Artykuł jest poszerzoną kompilacją kilku fragmentów książki: Kamilla Jasińska, W ogniu i gruzach. Uniwersytet Wrocławski w latach 1945–1946. Inne spojrzenie, Wrocław 2020

 

do góry