Jakże inne były te święta – ostatnie w niemieckim Breslau i pierwsze w polskim Wrocławiu. Jak wyglądało wówczas miasto? Jakie uczucia towarzyszyły tym, którym dane było spędzić w nim czas Bożego Narodzenia? Jak zapamiętali je polscy robotnicy przymusowi, w tym cywile deportowani do pracy przymusowej z powstańczej Warszawy? Jak wspominali je ci, którym dane było je spędzić w powojennym, ale wciąż obcym mieście?
Wojenny Wrocław u schyłku 1944 r.
W 1944 r. Breslau był jednym z ostatnich dużych niemieckich miast, które jeszcze nie były dotknięte działaniami wojennymi. Co prawda miał już za sobą pierwsze sowieckie bombardowania, do których doszło 7 października 1944 r., jednak najgorsze miało dopiero nadejść. W grudniu 1944 r. był już twierdzą – Festung Breslau. Trwały gorączkowe przygotowania do obrony miasta, które decyzją władz III Rzeszy miało się bronić do, przysłowiowej, ostatniej kropli krwi. Breslau był wówczas miastem zamieszkałym przez około milion osób – to znacznie mniej niż obecnie, a warto mieć na uwadze, że wówczas pod względem terytorialnym Wrocław był mniejszy o blisko 120 km2.
Do zbliżających się świąt Bożego Narodzenia szykowano się w dosyć nerwowej atmosferze. Alarmy lotnicze były coraz częstsze, nie brakowało ich także w samą wigilię i w kolejnych dniach, aktywność sowieckich nalotów wyraźnie bowiem wzrosła w grudniu 1944 r. Choć jeszcze wtedy nie dochodziło do poważnych bombardowań, to jednak obecność sowieckich maszyn nad wrocławskim niebem wywoływała przede wszystkim strach, nerwowość i przeświadczenie, że dotychczasowy względny spokój wkrótce dobiegnie końca. Przebywającym w mieście rzeszom cudzoziemskich robotników przymusowych, w tym Polakom, sowieckie naloty nasuwały także myśli o długo wyczekiwanym i upragnionym końcu wojny. Nie sądzili jednak, że nadchodzące miesiące będą tak dramatyczne...
Agnieszka Walkowiak, w styczniu 1942 r. wywieziona przez Niemców z rodzinnych okolic Wielunia na roboty przymusowe do Rzeszy i od tego czasu pracująca w wojennym Wrocławiu, tak wspominała po latach ten czas:
Rok 1944. Wojska radzieckie tuż, tuż. Trzeba się było przygotować i zabezpieczyć linią okopów. Wszystkie przedsiębiorstwa i zakłady musiały oddać część swoich robotników, tak cudzoziemskich, jak i niemieckich do dyspozycji władz. Artyści z teatrów, akrobaci z cyrków, studenci szkół wyższych, właściciele sklepów i różnych zakładów, które wskutek wojny podupadły i nie posiadały dostatecznych obrotów – musieli stanąć do pracy przy kopaniu okopów. Pozostałym przedłużono liczbę godzin czasu pracy. Oprócz tego ludność miast pogranicznych musiała w niedzielę obowiązkowo wyjeżdżać do pomocy przy kopaniu okopów.
Stefan Kuczyński – lekarz, powstaniec wielkopolski i aktywny działacz Polonii Wrocławskiej, który w czasie wojny leczył i niejednokrotnie ratował Polaków przebywających na robotach przymusowych, wspominał:
W roku 1944 spędziliśmy święta Bożego Narodzenia pozornie spokojnie. Niemniej panowało wśród ludności miasta – pod koniec wojny przeszło milionowego – przygnębienie. Wszystko płynęło niby swym nurtem uregulowanym, a jednak wkradło się coś obcego do znanego nam obrazu ulicy, do naszego życia domowego. Widzieliśmy – w takim Wrocławiu rzecz niebywała – całe stada bydła pędzonego ulicami do rzeźni miejskiej, spotykaliśmy kolumny pojazdów ciężarowych z tajemniczym ładunkiem szczelnie przykrytym brezentem, to znów inne zespoły samochodów przewożących worki i skrzynie z żywnością […]. Nocami wywożono z gmachów urzędowych i banków akta, z większych sklepów cenniejsze towary, z muzeów, domów prywatnych i kościołów dzieła sztuki i kosztowności. Usuwano pomniki […], wywożono je za miasto i zakopywano w ziemi.
Wielu przeczuwało, że zbliża się kataklizm. Boże Narodzenie i Sylwester po latach kojarzyć się będą jedynie ze wszechogarniającym napięciem. Mimo wszystko świętować próbowali zarówno niemieccy mieszkańcy miasta, jak i mieszkająca tu od czasów przedwojennych Polonia Wrocławska, a także Polacy deportowani do wojennego Wrocławia na przymusowe roboty i osadzeni w różnych obozach pracy na terenie miasta i okolic. Wśród nich było wielu warszawiaków przywiezionych z powstańczej Warszawy w trakcie i po upadku powstania warszawskiego.
Święta w obcym mieście, czyli Polacy w Breslau
W czasie wojny we Wrocławiu przebywało kilkadziesiąt tysięcy Polaków. Niegdyś, jeszcze na początku lat 20. XX w., liczna grupa Polonii Wrocławskiej znacznie zmalała, za to samych tylko polskich robotników przymusowych w 1944 r. mogło być nawet blisko 50 tys. Przywożeni do pracy z terenów całej Polski mieszkali nie tylko na prywatnych kwaterach, ale przede wszystkim w niemieckich obozach pracy, których w tym czasie w mieście i jego najbliższej okolicy było kilkadziesiąt. Największym obozem był ten, który jako obóz przejściowy działał w podwrocławskiej miejscowości Burgweide (obecnie Sołtysowice, od 1951 r. w granicach Wrocławia). To w nim osadzono m.in. wielu cywilnych mieszkańców Warszawy skierowanych do Rzeszy w trakcie i po upadku powstania warszawskiego.
W okresie międzywojennym i we wcześniejszych latach Wrocławska Polonia w okresie bożonarodzeniowym dużo czasu spędzała na wspólnych spotkaniach m.in. w Domu Polskim. Spotykano się także w kościele i na wieczerzach wigilijnych, a także organizowano jasełka i wspólne śpiewanie kolęd. Przeważnie w święto Objawienia Pańskiego (Trzech Króli), czyli 6 stycznia, dla Polaków i ich rodzin z Wrocławia i okolic organizowana była tradycyjna gwiazdka, czyli wielka świąteczna biesiada. Rozpoczynała się mszą świętą, a kończyła balem. Nie brakowało wówczas wspólnie przygotowywanych tradycyjnych polskich potraw, które spożywano przy akompaniamencie muzyków, podziwiając także występy artystyczne polskich zespołów i indywidualne popisy dzieci. Dzięki funduszom społecznym Polonii wszystkie polskie dzieci z uboższych rodzin otrzymywały paczki ze słodyczami i ciepłymi ubraniami.
Edmund Różycki wspominał:
Bardzo uroczyście obchodziliśmy rocznice narodowe i religijne. Na msze chodziliśmy do kościółka św. Marcina. W szerszym gronie [niż Wielkanoc] obchodziliśmy święta Bożego Narodzenia. Przed pełną widownią zespół amatorski odgrywał jasełka, a po spektaklu dzieci z uboższych rodzin obdarowywano łakociami i ciepłą bielizną. Były przemówienia prezesa Franciszka Juszczaka i konsula polskiego, a na koniec wspólnie śpiewaliśmy kolędy.
Niestety, takie świętowanie Polonii mieszkającej w Breslau nie było już możliwe w czasie II wojny światowej. Ostatnie takie świąteczne spotkanie odbyło się w styczniu 1939 r. w Domu Polskim, który wówczas znajdował się przy obecnej ulicy Henryka Brodatego 21–23 (obecnie nie istnieje).
W grudniu 1944 r. sytuacja była wyjątkowa. Franciszek Juszczak – jeden z głównych organizatorów życia Polonii Wrocławskiej w Breslau i współzałożyciel Związku Polaków w Niemczech – wspominał po latach:
Zbliżał się rok 1945. Coraz więcej niemieckiej ludności opuszczało Wrocław. Bano się pozostawać w mieście, w którym wojska zapowiadały twardy opór. Miasto przeżywało już pierwsze naloty bombowe. Zaczęło być tu strasznie.
Tym członkom Polonii Wrocławskiej, którzy zostali w mieście, 24 grudnia 1944 r. musiała wystarczyć skromna kolacja wigilijna, niejednokrotnie spożywana w towarzystwie polskich robotników przymusowych, o ile ci w ogóle mieli taką możliwość, by opuścić swoje miejsce zakwaterowania. Łatwiej o organizację wieczerzy wigilijnej było tym robotnikom, którzy nie przebywali w obozach przejściowych i obozach pracy, takich jak choćby Burgweide, ale zajmowali prywatne kwatery.
W spisywanych po wojnie przez byłych polskich robotników przymusowych wspomnieniach zachowało się przynajmniej kilka szczegółowych opisów okresu świątecznego i kolacji wigilijnych urządzanych w obozach pracy.
Agnieszka Walkowiak pisała po latach:
Z lagrów i ze wszystkich zakątków, gdzie tylko znajdowali się Polacy, w dniach tych ulatywały tęskne spojrzenia w stronę Ojczyzny. Ej! Żeby to już ostatni raz! Ileż to już razy tak się wzdychało w Święta Bożego Narodzenia. Byli i tacy, co po raz pierwszy obchodzili te święta w Niemczech. Warszawiacy! Tym silniej krwawiły niezagojone rany po rozłące z ukochanym miastem. Wspomnienia przeżytych dni cierpień, a zwłaszcza zgliszcza Warszawy boleśnie stawały przed oczyma.
W okresie od sierpnia do października 1944 r. w wojennym Wrocławiu utworzono przynajmniej kilka obozów pracy, do których kierowano ludność cywilną przywożoną tu z powstańczej Warszawy poprzez niemiecki obóz przejściowy Dulag 121, znajdujący się w podwarszawskim Pruszkowie. Jeden z takich obozów powstał w gmachu obecnego Zespołu Szkół nr 9 (Szkoła Podstawowa nr 45 i Szkoła Muzyczna) przy ulicy Rafała Krajewskiego 1 na wrocławskim Sępolnie. To tam osadzono około 800 kobiet wraz z dziećmi do lat 14. Wszystkich ulokowano w dwóch dużych salach gimnastycznych, znajdujących się w dwóch skrzydłach budynku. Pomimo ciężkich warunków, jakie panowały w tym obozie, udało się w nim zorganizować wigilię.
Jedna z osadzonych tam kobiet, Mieczysława Żórawska, po latach wspominała:
W Wigilię 1944 r. ranną pocztą przyszedł list od najstarszego syna, zawierał prócz listu pięć opłatków. […] Nadszedł też list bez adresata zawierający kartki żywnościowe, które można było zrealizować w całej Guberni. Naturalnie, ponieważ już mogłyśmy wymienić 200 złotych, dostając 100 marek, miałyśmy marki niemieckie i kartki żywnościowe, po porozumieniu z kierownikiem obozu wykupiłyśmy, co się tylko dało, ażeby urządzić wigilię. Zaprosiłyśmy również na nią przymusowych robotników Polaków, którzy mieszkali w podziemiach Hali Ludowej, było ich 50 i nas na sali tyleż. Przekonałam moje współtowarzyszki, żeby każda przyjęła do swego talerza wspólnika. Lagerführer wydał nam kilkanaście arkuszy białego papieru, żeby nakryć stoły, ponadto wydano nam na kolację: bigos, po 20 dkg kiełbasy, paryską bułkę, a dla dzieci do lat 12 – miętowe duże pierniki i po torebce cukierków. Bałam się tej wigilii, bałam się łez. W podziękowaniu za zaproszenie na wigilię przyniesiono maleńką choinkę, ubraną w kolorowe papierki (najpiękniejszą, jaką w życiu miałam) i zaczęła się kolacja wigilijna. Część opłatków oddałam na drugą salę, ponieważ nie zezwolono nam na wspólną kolację, w czasie której odwiedzili nas obaj kierownicy obozu, w przewidywaniu czego ofiarowałyśmy im po paczce tytoniu, licząc na ich wyrozumiałość w czasie świąt Bożego Narodzenia. Z życzeniami przy opłatku wystąpiła nasza najstarsza koleżanka Kowalska, życząc nam oczywiście wygranej wojny, a tym samym wolności. W pewnej chwili spostrzegłam, że brak wśród nas gości, uciekli na korytarz płacząc. Zabrałyśmy ich i tak odbyła się kolacja wigilijna 1944 r. Żeby zaakcentować, że są to święta Bożego Narodzenia, urządziłam jasełka. Niestety, był tylko jeden anioł, bo na całą salę było tylko jedno białe prześcieradło, w które ubrałyśmy anioła. Była nim dziewczynka 12-letnia, Piotrowska. Kierownictwu obozu bardzo się podobało, ale kobiet z drugiej sali nie wpuszczono na przedstawienie. Widocznie była to jakaś kara.
W anioła wcieliła się jedna z sióstr Piotrowskich. Po latach, we wspólnie zebranych wspomnieniach, Alicja i Halina Piotrowskie, pisały:
W czasie pobytu w obozie Hindenburgschule w grudniu 1944 r. zezwolono nam na zorganizowanie i wystawienie jasełek. Chęci były wielkie, jednak możliwości małe. Nie miałyśmy bowiem żadnych rekwizytów ani kostiumów. Aby jednak przedstawienie doszło do skutku, pożyczałyśmy od współwięźniarek rzeczy, które mogły być użyte w przedstawieniu. Były to kapy, prześcieradła, koszule nocne itp. Występy nasze przygotowane ogromnym wysiłkiem na tyle spodobały się naszemu lagerführerowi, że poprosił nas o ich powtórzenie dla kilku zaproszonych przez niego rodzin niemieckich.
W tym samym obozie przebywała Barbara Płyszewska, która po latach pisała:
Nadeszło Boże Narodzenie. Było mroźne i smutne. Gdy prowadzono nas pod eskortą do lagru, urwałam się do parku i wyrwałam małą choinkę. Jaka to była radość! Zarazem jednak trapił nas smutek i niewesołe wspomnienia.
Inna warszawianka, Lucyna Gierymska, która z obozu przejściowego Burgweide trafiła do jednego z mniejszych przyzakładowych obozów pracy – tego przy obecnej ul. Świętokrzyskiej, wspominała:
Grudzień, a z nim święta Bożego Narodzenia, tradycyjne święta rodzinne, w jakże innych warunkach. Stoły przygotowane do skromnej wspólnej kolacji, ale nikt nie zaczyna. Siedzimy skupione na pryczach, przygnębione wspomnieniami przeżytych tragicznych wydarzeń. Nie ma nastroju do świętowania. Aż tu nagle otwierają się drzwi naszej izby i dosłownie wpada około 20 osób, naszych francuskich i włoskich współtowarzyszy pracy. Przyszli, żeby nam złożyć życzenia i aby swoją obecnością uprzyjemnić te pierwsze dla nas tak trudne chwile. Oni te doświadczenia mieli już za sobą. Młodzi ludzie, serdeczni i życzliwi, wprowadzili miły nastrój, miny nam się rozjaśniły i zasiedliśmy wszyscy razem do stołu, żeby uczcić święto i zjeść wspólną kolację. Potem było śpiewanie kolęd, a potem święta się skończyły. Trzeba było dalej pracować, żeby zarobić na «mehlzupkę» i nie podpaść Niemcom.
Wiele niemieckich obozów pracy zatrudniających cudzoziemskich robotników przymusowych, w tym Polaków, ulokowanych było na terenach fabrycznych. Takie obozy istniały nie tylko przy zakładach zajmujących się produkcją zbrojeniową, ale także przy piekarniach, cukrowniach, rzeźniach itp. Obszerny i bardzo poruszający opis świątecznych dni w 1944 r. zachował się m.in. w relacji Jadwigi Konopkówny, która osadzona była w przyfabrycznym obozie przy jednym z wrocławskich browarów:
Nasze nadzieje, że dzień wigilijny w browarze będzie wolny od pracy, zawiodły. […] Byłyśmy (tzn. grupa Polek z Warszawy) bardzo przemęczone przedświątecznym tempem w fabryce. Przez cały grudzień z racji nadchodzących świąt i wzmożonego zapotrzebowania piwa, pracowałyśmy dłużej poza godzinami fabrycznymi, otrzymując jako ekwiwalent nadludzkiego wysiłku dodatkowe kartki żywnościowe na trochę chleba i wędliny. Ale ostatni tydzień przedświąteczny był po prostu piekłem: piwo, piwo, piwo! Zdawało się, że chyba Niemcy potopią się w tym swoim narodowym napoju. Były wypadki, że pracowało się od 4.00 rano do 8.00 wieczorem z małymi przerwami na posiłki. A jakaż to praca! Zmechanizowanie do ostatnich granic. Człowiek stawał się automatem ściśle wprzęgniętym w tempo maszyny, zespolonym z nią, zrośniętym, współdziałającym. Piwo, piwo, piwo! Po prostu kręciło się w głowie, ale nie od nadmiaru wypicia. […] A więc wigilijny poranek tak samo jak zawsze – „aufstehen!”, tak samo jak zawsze trzeba było zakładać przeraźliwie ciężki skórzany fartuch, który u mnie wlókł się po ziemi, a stopy znowu męczyć drewnianymi pantoflami, z których w jeden i to najmniejszy mogły wejść obie moje nogi. Tak ubrane do „kieratu”, stukając ciężkimi podeszwami, wysypałyśmy się w dzień wigilii jak zwykle co rano z naszego tzw. małego lagru na fabryczną salę […]. Wpatrując się bez przerwy w szkła butelek ciemnozielone lub żółte, lub białe z niebieskim odcieniem, myślałam o innych dawnych dniach wigilii. Przyplątały się wspomnienia dzieciństwa i w załamaniu świateł na butelkach rozświetlały obrazy jaśniejącej choinki, białego obrusu na wigilijnym stole i podarków ukrytych pod drzewkiem… W jakieś butelce o tęczowym załamaniu zobaczyłam siebie – małą dziewczynkę ubraną odświętnie w biały batystowy fartuszek na pąsowej sukience, zapatrzoną w anioła na szczycie choinki. Ocknęłam się i spojrzałam w górę, jakby szukając tam anioła. Nie ma, mroczył się tylko ponury sufit fabryczny, a w oknie dachu widniał kawałek zimowego nieba, zaprószonego grubym śniegiem. Nareszcie około 4.00 po południu piwo było skończone, ale jeszcze trzeba było robić „świąteczne porządki”: mycie, szorowanie sali fabrycznej. O 6.00 w drodze łaski pozwolono nam zakończyć pracę. Wróciłyśmy do swego ciasnego pomieszczenia jakieś smutne i bezbarwne. Na siennikach piętrowych prycz znalazłyśmy białe półkilowe, słodkawe strucle, przygotowane dla każdej z nas przez gospodynię kuchni fabrycznej. Jakkolwiek była to niespodzianka, jakkolwiek byłyśmy bardzo spragnione ciasta, przeszło to prawie bez wrażenia, gdyż każda z nas daleko była myślami i sercem. Jako szczególny dowód „łaski”, za wstawiennictwem jednej z Polek pracującej w kuchni, pozwolono nam spędzić wieczór nie w ciasnej zimnej izdebce, w której mieszkałyśmy, ale w kantynie – dużej jadalnej sali dla robotnic i robotników, służącej również za miejsce zebrań hitlerowskich, zabaw itp. W wieczór wigilijny kantyna była wolna. Na sali było ciepło i widno, w głębi stała choinka, obok podniesienie z ohydnymi ogromnymi płachtami koloru świeżej krwi, w środku z diabelskim znakiem swastyki i portretem Hitlera. Zdawało się nam, że tu chwilę wytchniemy, ale widok udekorowanego podium, czarnych znaków, przytłaczał i kazał pamiętać, gdzie jesteśmy i w czyich szponach. Przyszło kilku Polaków również pracujących w browarze. O wspólnej wigilii, o łamaniu się opłatkiem, nie było mowy. Zbyt bolesne w oddaleniu od najbliższych, ze świeżym przypomnieniem tułactwa i bezdomności. Każdy z nas usiadł samotnie przy jakimś stoliku. Czasem ktoś podszedł do kogoś, ktoś się przysiadł, ktoś wyjął gazetę, albo pisał pocztówki do rodziny, może przyjaciół, znajomych… Tam znów młody malarz próbował spracowaną i stwardniałą ręką szkicować czyjąś twarz. Każdy chciał być na chwilę sobą, na chwilę zrzucić wraz ze skórzanym fartuchem narzuconą skórę niewolnika. Jedna z Polek, która była we Wrocławiu z rodziną, zaczęła nucić pięknym głosem rozrzewniającą kolędę, ale urwała w połowie, jakby zawstydzona czy zbyt wzruszona jej siłą. Nikt z nas nie prosił, by śpiewała dalej, choć serca rwały się do melodii kolęd o dziwnej, cudownej magii świąt. W pewnej chwili na salę wszedł jeden z majstrów, bardzo dla nas przychylny i dobrze gwarą śląską mówiący po polsku. Zobaczył nasz nastrój, pokiwał piękną, siwą głową i nastawił radio, abyśmy mogli trochę „wysłuchać”. Program był z Berlina, co chwila głos niemiecki, ale mały Jasio spryciarz nad spryciarze zaczął „kręcić” i w pewnej chwili posłyszeliśmy, o cudzie nad cudy, polską kolędę! Program był z Lublina, speaker zapowiadał po polsku. Łzy stanęły w oczach. Serca zabiły. Rozbitkowie usłyszeli głos pomocy, rozbitkowie usłyszeli głos ojczyzny! Wszyscy skupili się wokół radia. Śmiali się, płakali, wykrzykiwali radośnie: „Złapał Lublin, patrzcie go”. I w pewnej chwili razem zgodnie chórem zaśpiewali słyszaną kolędę.
Kolacje wigilijne starano się także zorganizować w obozach pracy, w których osadzeni byli głównie mężczyźni. Jednym z takich obozów był ten, który urządzono w Établissement Wappenhof na dzisiejszym osiedlu Rakowiec. Tam zakwaterowano przede wszystkim mężczyzn przewiezionych we wrześniu 1944 r. z Warszawy przez obóz przejściowy w Pruszkowie.
Jeden z kilkuset osadzonych tam warszawiaków, Stanisław Klatko, wspominał:
Święta Bożego Narodzenia […] zaczęły się od tego, że któryś z warszawiaków zawiesił na choince emblemat Syrenki, śpiewaliśmy polskie kolędy. Natychmiast przyjechało gestapo, rozpędziło nas, a kilku zabrało ze sobą. Nigdy już ich nie ujrzeliśmy.
Obszerny opis przygotowań do świąt Bożego Narodzenia i samej kolacji wigilijnej zorganizowanej w obozie Wappenhof zachował się w relacji Andrzeja Willa – znanego powojennego wrocławskiego artysty plastyka, podczas wojny żołnierza Armii Krajowej.
Czekało nas teraz wspólne spędzenie świąt Bożego Narodzenia. Ci, którzy mieli rodziny w Pruszkowie, oczekiwali paczek. Któregoś dnia [Tadeusz] Ślaski, budząc się z głębokiego zamyślenia, powiedział: «Na Wigilię muszą być śledzie!». Wzruszyliśmy ramionami. Marzenia ściętej głowy. Przecież żywność była ściśle reglamentowana, reglamentacja obwarowana przepisami, zakazami i groźbami z karą śmierci łącznie. W Niemczech wszystko było na kartki, wystraszeni śmiertelnie obywatele III Rzeszy, pilnujący się wzajemnie (donosicielstwo było cnotą), nie wyobrażali sobie, że można nie uszanować przepisów. W barach i knajpach, żeby coś zjeść, trzeba było mieć kartki – w wolnej sprzedaży było tylko piwo, i to nie zawsze, oraz różne sałatki, takie bez mięsa, bez tłuszczu, bez smaku i bez sensu, i jednodaniowe «sztamgerychty». Tadzio [Ślaski] wypatrzył w sklepach spożywczych sałatkę – taką zwykłą, jarzynową: ziemniaki, ogórek, marchewka, coś tkwiło tam zielonego i... małe, bardzo małe kawałeczki, raczej źdźbła, śledzi. Przed świętami Ślaski wyszorował starannie wszystkie nasze miednice i zaczął znosić, zadyszany, ogromne paki z sałatką. Umył ręce, zawinął rękawy i skrupulatnie wyławiał z sałatki te cenne śledziowe strzępki. Trochę mu pomagaliśmy, wybierając śledzie i zjadając resztę, no, ale ile tego można zjeść? A Tadzio zebrał duży, głęboki talerz śledziowych szczątków, które później płukał, przyprawiał, skrapiał octem i przesypywał posiekaną cebulą. [...] Nadeszły paczki z Pruszkowa – ileż wzruszenia towarzyszyło ceremonii rozpakowywania matczynymi rękoma układanych skromnych, świątecznych przesyłek. Chleb, ten prawdziwy, z domu, jakiś kawałek placka, cebula, jabłka, czasem kawałek boczku czy wędzonki. Oczywiście opłatek i dla palaczy rzecz najcenniejsza – tytoń, liście samosiejki lub wirginii drobniutko pokrajane maszynką skonstruowaną przez pana Kowalskiego ze Stalowej. Dyskretnie odłożyliśmy część naszych skarbów – dla kolegów przywiezionych prosto z powstania spreparowaliśmy takie «lipne» paczki, żeby także mieli co rozpakowywać. Lwią część przysłanej żywności złożyliśmy do wspólnej puli, przecież mamy razem świętować. [...] W sztubie sensacja: nasz niesforny Dyzio, czyli Górski junior, przydźwigał ogromną choinkę, srebrny świerk z pobliskich terenów wodonośnych. Dostał w skórę od ojca, obawiającego się konsekwencji – co to będzie, jak Niemcy zobaczą, wyrzucić niebezpiecznie i zatrzymać strach. Została. Tak pięknego drzewka nikt z nas nie miał dotychczas. Wypożyczyliśmy duży biały obrus i całą firmową zastawę z grubego fajansu, z restauracji. Rozpoczęliśmy wieczerzę. Przystawką były mule (moules), tak, tak, prawdziwe zrabowane we Francji ślimaki. Odrzucane ze wstrętem przez Niemców (to barbarzyńcy!) trafiły do obozów. Nie mieliśmy tylko cytryny, musiał wystarczyć jakiś kwasek z kolekcji niemieckich erzaców. Potem był barszcz, było to danie «kazionne», z kuchni obozowej, ale przyprawione i uszlachetnione przez Ślaskiego. Nie pamiętam już dziś, co tam jeszcze było, wiem tylko, że zjedliśmy i wypiliśmy wszystko dokumentnie. [...] Umilkły ożywione rozmowy, siedzieliśmy w ciszy. Długa cisza nie pomaga w przezwyciężeniu nostalgii, tej przeogromnej tęsknoty za domem, za rodziną. Słychać było westchnienia, rozpoczęło się powszechne wycieranie nosa, Antoś Juszczyński pochlipywał. Sytuacja stawała się okropna, a tak dzielnie się trzymaliśmy! Siedziałem na końcu naszego długiego stołu, podniosłem go do góry, kilkadziesiąt talerzy i talerzyków stoczyło się z głośnym brzękiem na podłogę. Wszyscy porwali się na równe nogi, ktoś nasłuchiwał przy drzwiach, zbieraliśmy skorupy. Łzawy, nie do wytrzymania nastrój minął bezpowrotnie – wróciliśmy do twardej rzeczywistości. Na szczęście tylko część zastawy potłukła się, szybko odnieśliśmy całe talerze do knajpy, a pozbierane szczątki utopiliśmy w Odrze, w miejscu gdzie dziś jest kładka dla pieszych, naprzeciwko Ogrodu Zoologicznego. Zdarzenie skomentował mówiący trochę przez nos Władek Poreyko: «Bardzo potrzebny był ten wstrząs, to nas doskonale ocuciło».
Na osiedlu Morgenau (obecnie Rakowiec) znajdował się jeszcze jeden niemiecki obóz pracy, w którym zakwaterowano ponad 1200 warszawiaków deportowanych z powstańczej Warszawy. Jednym z nich był Tadeusz Jarmicki, który spijąc po latach wspomnienia, zatotował:
Doczekaliśmy szczęśliwie Bożego Narodzenia 1944. Wigilia minęła smutno. Niektórzy otrzymali paczki z Polski – było więc lepsze jedzenie; inni dostali jakąś wódkę. Aż nagle w nocy budzą nas dźwięki skrzypiec. W ciszy obozowej nocy wigilijnej ktoś grał „Wśród nocnej ciszy...” Zerwaliśmy się na równe nogi, zaczęliśmy się ściskać i całować. – Ludzie, nie dajmy się. Trzymajmy się... – zawołał ktoś w naszą stronę. – Przecież to już koniec Niemców i Niemiec. Jeszcze trochę. Głowa do góry... W ślad za głosem skrzypiec zaśpiewaliśmy kolędę. I rzeczywiście – wstąpił w nas nowy duch. Podnieśliśmy głowy... Tuż po świętach zaczęło się bombardowanie Wrocławia.
W wydanym w 1991 r. przez Towarzystwo Miłośników Wrocławia zbiorze zatytułowanym „Wiersze i piosenki Polaków wojennego Wrocławia 1939–1945” zamieszczona jest kolęda, którą na melodię „O gwiazdeczko, coś błyszczała, gdym ja ujrzał świat”, śpiewały Polki deportowane do pracy przymusowej w Rzeszy, w tym do wojennego Wrocławia:
O gwiazdeczko coś świeciła / Nad stajenką tam / Powiedz że nam gwiazdko miła / Powiedz gwiazko nam.
Kto ci śnieżne wskazał drogi / Byś przebyła świat / I przed Boży tron ubogi / Mędrcom słała ślad.
Wszechmogący Stwórca ziemi / Życie we mnie wlał / I drogami błękitnemi / Do Betlejem słał.
Bo jak anioł wiódł pasterzy / W Betlejemski próg / Tak przeze mnie wieść się szerzy / Gdzie zrodzony Bóg.
A więc gwiazdko zaświeć jasno / Ową szopkę wskaż / Tam nas woła, tam nas czeka / Bóg i Ojciec nasz.
Świąteczna nostalgia, nadzieja na zakończenie wojny i odzyskanie wolności, strach przed tym, co nadejdzie, tęsknota za bliskimi – to emocje, które najczęściej towarzyszyły polskim robotnikom przymusowym w wojennym Wrocławiu. Wielu z tych, którzy uszli z życiem, widząc obracającą się w ruinę powstańczą Warszawę, sądziło, że nic gorszego ich już nie spotka. Niestety, mylili się. Trafnie ujął to Edmund Jaxa-Nagrodzki:
Mówiłem, że Wrocław za pół roku będzie polskim miastem. […] Dochodziły pomyślne wiadomości z frontu zachodniego i wschodniego, i każdy wiedział, że wojna zbliża się ku końcowi, i że następne Boże Narodzenie będziemy obchodzić już w domu i w niepodległej Polsce. Nikt z nas przy końcu 1944 r., w czasie Bożego Narodzenia i na Sylwestra, nie przewidział jednak tragedii i martyrologii, jaka nas spotka we Wrocławiu. Nikt nie przewidział, że znajdziemy się bezpośrednio na froncie, że znajdziemy się w oblężonym mieście oraz, że Wielkanoc 1945 r. będzie najtragiczniejszym dniem naszego pobytu we Wrocławiu.
„Poświąteczne piekło na ziemi”
Krótko po świętach Bożego Narodzenia i Sylwestrze rozpoczęło się to, co niektórzy przewidywali – „piekło na ziemi”, jak wspominali polscy robotnicy przymusowi.
Najpierw, 19 stycznia 1945 r. gauleiter Karl Hanke wydał rozkaz ewakuacji niemieckich cywilnych mieszkańców około milionowego miasta. Stało się to dopiero dzień po sowieckim ataku bombowym na wrocławskie węzły kolejowe. Szacuje się, że między 19 stycznia a 8 lutego 1945 r. dobrowolnie lub pod przymusem miasto opuściło nawet 700 tys. mieszkańców, z których blisko 100 tys. zginęło z zimna, zmęczenia, głodu lub zostało stratowanych przez tłum. Równolegle z ewakuacją ludności cywilnej odbywała się ewakuacja licznych urzędów i różnych placówek.
W ślad za ewakuowaniem niemieckich mieszkańców wojennego Wrocławia, pod koniec stycznia 1945 r., miasto zaczęli opuszczać więźniowie wrocławskich filii KL Gross-Rosen. Stało się to w następstwie wydanego po szybkiej ofensywie wojsk sowieckich rozkazu ewakuacji obozów koncentracyjnych położonych w pobliżu linii frontu. Z wojennego Wrocławia w kierunku obozu macierzystego jako pierwsi, bo już 23 stycznia 1945 r., wyruszyli więźniowie AL Breslau-Lissa znajdującej się na terenie dzisiejszej Leśnicy. Marsz więźniów z ulokowanych w centrum miasta filii Breslau I oraz Breslau II (teren powojennego Dolmelu, obecnie Dozamelu, a także Pafawagu) trwał ponad tydzień, a rozpoczął się pomiędzy 24 a 26 stycznia. Najprawdopodobniej 24 stycznia ewakuowano kobiecą filię FAL Breslau-Hundsfeld, znajdującą się na terenie obecnego Psiego Pola w rejonie ulicy Bierutowskiej. Trwające przynajmniej kilka dni marsze z uwagi na ich warunki i przebieg określa się mianem „marszów śmierci”.
O ewakuacji cudzoziemskich robotników przymusowych nikt nawet nie myślał – to oni mieli zostać zapędzeni do najcięższych i najtrudniejszych prac, m.in. przy tworzeniu okopów, zapór, a od marca 1945 r. przy budowie wewnątrzmiejskiego lotniska w rejonie obecnego placu Grunwaldzkiego.
W połowie lutego 1945 roku zamknął się pierścień wojsk sowieckich wokół Festung Breslau. Kto nie dał rady wyjechać z miasta-twierdzy, teraz musiał tu pozostać. Wielkanoc 1945 r. w Breslau była równie tragiczna zarówno dla pozostałych w mieście niemieckich mieszkańców, jak i cudzoziemskich robotników przymusowych. Nie wszyscy, którym dane było spędzić w Breslau Boże Narodzenie 1944 r., doczekali kapitulacji Festung Breslau i końca wojny.
Gwiazdka ponad ruinami, czyli wrocławskie Boże Narodzenie '45
Pierwsza zima w powojennym Wrocławiu nie była łatwa. W mieście przebywało jeszcze wielu Niemców, wciąż napływały transporty repatriantów, występowały problemy z aprowizacją, a miasto nadal pełne było ruin. Mimo to życie powoli się normalizowało. W grudniu 1945 r. Wrocław – podobnie jak rok wcześniej – zasypany był grubą warstwą śniegu, dzięki czemu pełne gruzów i wypalonych ruin ulice za dnia nie wyglądały przygnębiająco, a w nocy i tak tonęły w ciemnościach. W czasie świąt na ulicach i w kościołach słychać było polskie kolędy, w teatrach wystawano polskie sztuki.
Pierwsza wigilia po II wojnie światowej przypadła w poniedziałek. Choć stoły nie były suto zastawione, święta były bowiem bardzo skromne, to na pewno wrocławskie Boże Narodzenie w 1945 roku było radośniejsze niż to rok wcześniej. W świątecznym wydaniu „Pioniera. Dziennika Dolno-Śląskiego” (sic!) 23 grudnia pojawił się artykuł zatytułowany „Gwiazdy nad ruinami”. Autor z nostalgią pisał:
Nad zrewindykowanym już prawie w zupełności dla Polski Wrocławiem zabłyśnie gwiazda wigilijna. [...] Ruiny ożyją, rozjaśnieją tysiącami wigilijnych świateł w polskich wrocławskich domach w dzień pierwszej polskiej wigilii na dawnej polskiej ziemi. Zajaśnieje symboliczny plac Wolności, nad potężnym gmachem Zarządu Miasta biało-czerwony sztandar i biały orzeł. Tutaj stanęła pierwsza ekipa wrocławska, by złożyć zręby pod organizację życia miejskiego. [...] Padnie snop promieni i na ulicę Szajnochy, na gmach Biblioteki Uniwersyteckiej, bo i tam jeszcze wśród huku walących się gmachów Grupa Naukowa i Kulturalna zaczęła swą żmudną pracę, która trwa po dzień dzisiejszy. Tutaj powstał zalążek dzisiejszych najwyższych uczelni wrocławskich. [...] Oto w ruinach powstało nowe życie: pełne, ruchliwe, prężne, twórcze, zrodzone z chaosu, improwizacji i szukania. Życie dzień w dzień normalizujące się i utrwalające.
Na pierwszej stronie tego samego wydania gazety, pisano:
Przez lat sześć, dzieląc się opłatkiem w gronie najbliższych, czy też tęskniąc i pisząc do nich, życzyliśmy sobie nawzajem przede wszystkim tego najważniejszego: wolności. I oto spełniły się pragnienia najgorętsze. [...] Ale tak długo żyliśmy w tułaczce i poniewierce, tyle cierpienia zebrało się na dnie serc, że jeszcze nie umiemy się cieszyć całą pełnią. Jeszcze pamiętamy gorzki smak niewoli, zapomnieć nie możemy doznanych krzywd. W tylu domach dziś przy wigilii zabraknie najbliższych, w tylu oczach zakręcą się łzy. Pozwólny im spłynąć w ciszy. Pomyślmy o tych, co odeszli. A potem powiedzmy sobie: to nie była ofiara daremna [...]. Nie wolno nam się zrażać przeciwnościami, ani załamywać się, ani opuszczać rąk. W strasznej próbie wojny i okupacji naród polski wykazał wielką odporność i moc. I dziś – w jakże ciężkich chwilami – dniach powojennych, nie zabraknie nam hartu. To nic, że piętrzą się w kraju zniszczonym okrutnie trudności wszelkiego rodzaju. Pokonamy je, przezwyciężymy [...]. Więc dziś, łamiąc się tradycyjnym opłatkiem, życzymy sobie nawzajem: mocy i wytrwania.
Co prawda życie w polskim Wrocławiu powoli się normalizowało, ale wigilijno-świąteczne wieczory nie wyglądały tak, jak przed wojną w polskich domach, np. we Lwowie, Wilnie czy Polsce centralnej. Choinki, ozdoby świąteczne, stół nakryty białym obrusem, pod którym ułożono sianko i czosnek, a na stole opłatek, dwanaście potraw… W niewielu wrocławskich domach tak było. Z tego okresu zachowały się jedynie okruchy wspomnień, ale z nich wyłania się jeden obraz: radości z pierwszej Wigilii w wolnej Polsce.
Brakowało wszystkiego, począwszy od chleba. Kilka dni przed Wigilią „Pionier” donosił, że zgodnie z zapewnieniem Miejskiego Urzędu Aprowizacyjnego ludność polska otrzyma przed świętami żywność wydawaną na kartki: 2 kg mąki, 2 kg grochu, 1 kg marmolady, pół kg cukru i 100 g kawy ziarnistej. Mieszkańcom przysługiwało także 200 g proszku do prania. Zarząd Miejski starał się ponadto zapewnić odpowiedni przydział chleba, sprowadzając do Wrocławia dostępne w okolicy ilości zboża, ale gwarancji nie dawał. Jeszcze 20 grudnia nie było wiadomo, czy przed świętami będzie wydawane mieszkańcom Wrocławia mięso – główną przeszkodą był brak odpowiednich środków transportowych. Mimo to każdy radził sobie tak, jak mógł, i starał się też pomóc innym.
W połowie grudnia we Wrocławiu pojawiły się afisze informujące o akcji „Gwiazdka dla żołnierza”. Pod hasłem „Żołnierz dla społeczeństwa – społeczeństwo dla żołnierza” zbierano pieniądze oraz dary w naturze: ciepłą bieliznę, swetry, skarpety itp. Dary można było przynosić do trzech punktów w mieście: do Urzędu Informacji i Propagandy przy placu Teatralnym 1, do urzędu parafialnego przy placu Georga Bendera 4 (obecnie plac Stanisława Staszica) oraz do sekcji kobiecej Polskiej Partii Socjalistycznej przy ulicy Pomorskiej 15. Zbiórka pieniężna prowadzona była od 18 grudnia we wszystkich instytucjach, przedsiębiorstwach i sklepach na terenie miasta, a w niedzielę 23 grudnia kwestę prowadzono także na ulicach. Równolegle w całym województwie odbywała się akcja „Gwiazdka dla żołnierzy i ich rodzin”, w której jako wyraz wdzięczności wobec żołnierzy miały być przekazywane im dary. Można było także ofiarowywać pieniądze i kupować specjalnie na tę okazję przygotowane pocztówki.
W czasie pierwszego polskiego Bożego Narodzenia we Wrocławiu nie zapomniano także o dzieciach. Społeczno-Obywatelska Liga Kobiet zorganizowała gwiazdkę dla dzieci robotniczych. Dzień przed wigilią w niedzielę 23 grudnia w Teatrze Miejskim (obecnie gmach Opery przy ulicy Świdnickiej), zaraz po okolicznościowym koncercie, dzieciom rozdano paczki świąteczne. Ponadto dla najmłodszych Teatr Miejski wystawił przedstawienia baletowe.
Z okazji zbliżających się świąt Dyrekcja Okręgu Poczt i Telegrafów we Wrocławiu przygotowała specjalne kartki widokowe, drukowane bilety wizytowe oraz kartki świąteczne z nadrukowanymi życzeniami, pozdrowieniami i podziękowaniami. Kartki takie były sprzedawane w cenie 50 groszy za sztukę.
Ferie bożonarodzeniowe we wszystkich szkołach rozpoczęły się w piątek 21 grudnia. Na Uniwersytecie i Politechnice we Wrocławiu, które wówczas funkcjonowały jako jedna uczelnia, przerwa świąteczna – decyzją Senatu akademickiego – zaczęła się nieco wcześniej, już 19 grudnia, i miała potrwać do 3 stycznia.
Lokalna prasa publikowała wiele drobnych ogłoszeń, wśród nich liczne życzenia świąteczne, np. od właścicieli sklepów czy zakładów fryzjerskich. Były również reklamy, np.
Znakomite wyroby «Suchard» [słodycze] najlepszym podarunkiem na gwiazdkę.
Jeśli na Gwiazdkę – to tylko w «Okazji». Dom handlowo-komisowy, ul. Ogrodowa 50, gdzie tanio nabędziesz wszelkiego rodzaju przedmioty użytku i luksusu.
W prasie ogłaszała się m.in. cukiernia „Hanka”, mieszcząca się przy ulicy Marszałka Józefa Stalina 66 (obecnie ulica Świdnicka), która od 17 grudnia przyjmowała zamówienia na pieczywo świąteczne.
W czwartek 20 grudnia do Wrocławia dotarł transport choinek. Sprzedawano je na kilku działających w tamtym czasie placach targowych w mieście. Świąteczne drzewka przyozdabiano przeważnie znalezionymi na strychach poniemieckimi ozdobami, świeczkami i watą. Zdarzało się, że ręcznie robione przedwojenne cacka choinkowe wzmagały i tak już nieustające poczucie obcości. Joanna Konopińska, studentka historii na Uniwersytecie Wrocławskim, pisała później:
Mogliśmy ubrać choinkę znalezionymi na strychu ozdobami. Gdyby to były bombki szklane, pewnie przystroiłabym nimi nasze drzewko, ale znalezione ozdoby, poukładane z pietyzmem w specjalnym pudle, okazały się zabawkami ręcznej roboty. Jakieś pająki i figury geometryczne artystycznie zrobione ze słomki, sznury z kolorowej bibułki, wydmuszki z jajek, wszystkie miały w sobie coś osobistego, coś dla mnie obcego i nie chciałam ich widzieć na naszej choince.
Poczucie obcości i tymczasowości było czymś, co nieustannie towarzyszyło nowym wrocławianom. Od momentu przybycia nie przywiązywali się do nowego miejsca, wciąż bowiem liczyli na to, że są tu tylko na chwilę. Żyli na walizkach. Czuli się niepewnie w poniemieckim mieście i przez długi czas nie traktowali go jak swojego. Świadczą o tym praktykowane w niemal we wszystkie dni wolne od pracy „ucieczki” z niego. Czasu wolnego nie poświęcano na spacery po okolicy i poznawanie Wrocławia, tylko wyjeżdżano w głąb kraju, np. do rodziny. Tak było także podczas dnia Wszystkich Świętych, kiedy masowo wybierano się w podróż na groby bliskich poza Wrocław, oraz w czasie pierwszych świąt Bożego Narodzenia. Znaczna część z blisko 50 tys. przebywających w połowie grudnia 1945 r. nowych osadników wyjechała na święta w głąb Polski.
Joanna Konopińska, która wybrała się do rodziny mieszkającej w miejscowości Panienka, w dzienniku pod datą 27 grudnia 1945 r. zapisała:
Wigilia w tym roku wypadała w poniedziałek. Tydzień wcześniej ukazało się na tablicy ogłoszenie, że 24 grudnia jest dniem wolnym od pracy. W sumie uzbierały się więc cztery wolne dni. Kto żyw w mieście szykował się do wyjazdu. Na dworcu Wrocław-Odra [Nadodrze] przewalały się tłumy ludzi z tobołami i walizami, widocznie każdy wrocławianin chciał zawieźć jakiś prezent z «Dzikiego Zachodu» swojej rodzinie czy znajomym. […] Na święta pozostali we Wrocławiu prawie sami Niemcy […], bo my, Polacy, woleliśmy świętować wśród swoich.
Ci, którzy zdecydowali, że zostaną, organizowali sobie kolację wigilijną wśród najbliższych. Trafnie i bardzo obrazowo opisano to w świątecznym wydaniu „Pioniera” z 1946 r.:
Tu warszawiak gromadzi około siebie rodzinę, tam samotny jeszcze lwowiak tęskni do błądzącej po świecie rodziny, krakowianin rozpoczął łamanie opłatka, a tam dalej stanisławowianin, który niedawno tu repatriował, szczęśliwy z rodziną przygarnął do siebie na wigilię samotnego Wołyniaka, poznaniacy zaprosili samotnego akademika z Wilna. I tak wymieszała się tu cała Polska. [...] Błądzi wigilijny płomień wśród polskich rodzin, rozjaśnia oblicza, budzi wspomnienia niedawnej koszmarnej przeszłości, tęsknoty za bliskimi i sieje radość, że złe mija, że się jest już u siebie w wolnej ojczyźnie.
W wigilię i dwa świąteczne dni msze i nabożeństwa odbywały się w piętnastu kościołach i kaplicach we Wrocławiu. Oprócz religijnego kwitło życie kulturalne, obfitujące w okresie świątecznym w liczne wydarzenia. Mimo zniszczeń i uszkodzeń w mieście ocalał (jedyny) gmach niemieckiego Teatru Miejskiego (obecnie Opera). To tam już od czerwca odbywały się rozmaite wydarzenia artystyczne: od akademii i przedstawień po koncerty kameralne i symfoniczne. Nie inaczej było w grudniu.
Ci, którzy zdecydowali się spędzić święta we Wrocławiu, mogli udać się 25 i 26 grudnia do Teatru Miejskiego na sztukę „I co z takim robić?”. Jak podawała prasa, tę pełną humoru komedię ze świetną artystką scen polskich Jadwigą Zaklicką oraz z autorem, który również sztukę reżyserował – Romanem Niewiarowiczem, dyrektor teatru Teofil Trzciński przygotował zamiast oficjalnego przedstawienia inauguracyjnego, gdyż jeden z głównych aktorów zachorował. Sztuka Romana Niewiarowicza, będąca trzyaktową komedią, grana była przed wojną na wielu scenach w Polsce. Jej wystawienie w czasie świąt we Wrocławiu miało umilić czas nowym mieszkańcom tego miasta.
Odrębny „Wielki Program Świąteczny” przygotował Teatr Ludowy przy ulicy Ogrodowej 53 (obecnie ulica Marszałka Józefa Piłsudskiego; w miejscu nieistniejącego teatru stoi dziś hotel) – niewielki teatrzyk rewiowy z małą sceną, znacznie uszkodzony i wyremontowany jedynie prowizorycznie (brakującą ścianę zastąpiono konstrukcją z dykty). Mimo to sala teatralna była dobrze ogrzana, informował o tym nawet afisz. W przedstawieniu „Szczęście w koszu” grali nowo zaangażowani artyści warszawscy, a na scenie wystąpiła orkiestra pod batutą Adama Stefańskiego. Przedstawienie, zorganizowane przez Zrzeszenie Artystów Cyrkowych i Widowiskowych, wystawiane było dwukrotnie zarówno pierwszego, jak i drugiego dnia świąt.
Pierwsze powojenne święta zapadły w pamięć wszystkim nowym mieszkańcom Wrocławia – były wyjątkowe, bo pierwsze po wojnie, pierwsze w nowym, a do tego obcym miejscu, pierwsze w nowym towarzystwie, bo bez bliskich, którzy zginęli w czasie wojny. W kolejnych latach, w miarę jak sytuacja we Wrocławiu normalizowała się, a nowi mieszkańcy oswajali się z obcym sobie miastem, także i święta spędzano w innej atmosferze. Z czasem skończyły się masowe ucieczki z miasta, bo ludzie zaczęli zapuszczać we Wrocławiu korzenie i to do nich przyjeżdżała rodzina z innych części Polski.
Kamilla Jasińska
Oddział IPN we Wrocławiu
O tym, jak wyglądała noc z 31 grudnia na 1 stycznia w 1944 oraz w 1945 r. będzie można przeczytać na stronie wroclaw.ipn.gov.pl już w poniedziałek 29 stycznia 2025 r. Zapraszamy do lektury!