Zacznijmy od podstawowych faktów. W 1910 r. otwarto most, który nazwano na cześć panującego wówczas cesarza Niemiec Wilhelma II. Po upadku Cesarstwa Niemieckiego i nastaniu Republiki Weimarskiej nazwę zmieniono na Freiheitsbrücke (pol. Most Wolności). Do pierwotnego nazewnictwa powrócono po dojściu do władzy Adolfa Hitlera w 1933 r. Po włączeniu Wrocławia do Polski, przeprawę ochrzczono jako Most Grunwaldzki, a wszelkie napisy i relikty kojarzone z Niemcami usunięto. Nie było to wówczas czymś nadzwyczajnym i wpisywało się w proces „oczyszczania” miasta z oznak niemieckiego dziedzictwa. Polacy, którzy doświadczyli okrucieństwa niemieckiej okupacji, pisali celowo o narodzie czy państwie niemieckim przez małe „n”. Można zatem zrozumieć, dlaczego taki proces miał miejsce. Wówczas poznikały prawie wszystkie niemieckie napisy i pomniki (w tym np. Bismarcka czy innych przedstawicieli dynastii Hohenzollernów).
Latem tego roku usłyszeliśmy o planach remontu mostu, które przewidują jego przywrócenie do kształtu z 1910 r., co oznacza także powrót napisów i innych symboli usuniętych wcześniej przez pierwszych, powojennych wrocławian. Zakładam, że pomysłodawcy tej koncepcji kierowali się wyłącznie względami architektonicznymi i konserwatorskimi, nie uwzględniając czynnika historycznego związanego z postacią pierwotnego patrona mostu czyli Wilhelma II. Owszem, nikt nie zamierza zmieniać nazwy Mostu Grunwaldzkiego, ale wielki napis „Kaiserbrücke”, jakby na to nie spojrzeć, jest uhonorowaniem, a co najmniej upamiętnieniem cesarza.
I tu warto zadać sobie pytanie, czy chcemy upamiętniać monarchę, który uosabiał najgorsze oblicze agresywnej i militarnej polityki mocarstwowej Niemiec? Zanim przejdziemy do tego jak w 1918 r. uciekł do Holandii, aby nie zostać osądzonym jako zbrodniarz wojenny, przyjrzyjmy się niektórym jego wcześniejszym „dokonaniom”. Od początku panowania, tj. 1888 r., angażował się w popieranie zbrojeń, a retoryka jego wystąpień publicznych zatruwała atmosferę polityczną, budując klimat przyzwolenia dla przemocy. Znane jest jego przemówienie, które wygłosił w 1900 r., żegnając wojska wysyłane na wyprawę do Chin. Mówił m.in.: „Tępić bez pardonu, nie brać jeńców, kto wpadł wam w ręce, niech ginie. Podobnie jak tysiąc lat temu Hunowie zdobyli sławę pod przywództwem swojego króla Attyli, co w dużym stopniu pojawia się jeszcze dziś w przekazach i w legendach, tak niech zapisze się dzięki wam na tysiące lat w Chinach imię Niemców w taki sposób, żeby nigdy żaden Chińczyk nie odważył się chociażby krzywo spojrzeć na Niemca”. Tak zagrzane do walki wojsko wyróżniło się podczas interwencji (na tle oddziałów wysłanych przez inne państwa) brutalnością.
Przemówienie mogło być refleksem rasistowskich obsesji patrona wrocławskiego mostu: na przełomie stuleci Wilhelm znany był bowiem jako propagator sloganu o „żółtym niebezpieczeństwie” grożącym jego zdaniem białej rasie. Zachęcał dyplomatów niemieckich do agresywnych działań opatrując ich raporty dosadnymi komentarzami. W XX wieku dyplomacja niemiecka sprowokowała szereg kryzysów międzynarodowych, stosując technikę straszenia wojną jako formę negocjacji. Wilhelm ostentacyjnie zachęcał do takich działań – powstałe przed wojną określenie „era wilhelmińska” odnosiło się do stworzonego klimatu politycznego, w którym prawo silniejszego stawia się ponad normami prawa. Niestety, jak widzimy, i dzisiaj takich polityków nie brakuje.
Agresywna polityka międzynarodowa Niemiec pod egidą Wilhelma II była jednym z kluczowych czynników, który doprowadził do wybuchu Wielkiej Wojny w 1914 r. W powszechnej opinii, nie tylko w Niemczech, pierwszą wojnę światową postrzega się jako konflikt „rycerski” w odróżnieniu od drugiej, postrzeganej jako wojna totalna, prowadzona przez Niemcy w sposób zbrodniczy. Nie jest to uzasadnione, gdyż w czasie I wojny światowej dostrzec można szereg działań, które z rycerskością miały niewiele wspólnego, a postać Wilhelma jest z nimi w różny sposób związana. Oto przykłady: akceptował (i podpisał – 1 lutego 1917 r.) decyzję o wszczęciu nieograniczonej wojny podwodnej, która skutkowała zatapianiem bez ostrzeżenia wszystkich statków, w tym też neutralnych oraz szpitalnych. Aprobował prace nad bronią chemiczną (zakazana przez prawo międzynarodowe) prowadzoną w instytucie jego imienia przez prof. Fritza Habera, którego w uznaniu zasług nagrodził stopniem oficerskim. Aprobował bombardowania miast przez sterowce, nagradzając inicjatora takich rajdów, komandora Petera Strassera, awansem i przyznaniem mu kierownictwa nad tym rodzajem broni. Zgodził się na pogwałcenie neutralności Belgii. Agresja na ten kraj była złamaniem traktatu, który sygnowały między innymi Niemcy (to tak jak Rosja, atakując Ukrainę). Znane również są różne formy angażowania się Wilhelma podczas wojny we wspieranie daleko idących postulatów aneksjonistycznych. W końcu trzeba przypomnieć, że ponosił po prostu odpowiedzialność polityczną za wszystkie zbrodnie wojenne dokonane wówczas przez Niemcy. Brak śladów, by dystansował się od zbrodniczych poczynań, wiele natomiast aprobował – werbalnie lub przez politykę personalną.
Alianci nie mieli wątpliwości, że powinien odpowiedzieć za to przed wymiarem sprawiedliwości. Ale – jak już wspomniałem – uciekł do Holandii i uzyskał tam azyl. Warto może wspomnieć, że po utracie tronu i władzy w 1918 r., nie przestał komentować ówczesnej sytuacji politycznej. Narastał w nim antysemityzm, którego paliwem była przegrana wojna. To właśnie w Żydach widział głównego sprawcę klęski. To wypisz wymaluj sposób myślenia jego duchowego spadkobiercy czyli Adolfa Hitlera. W 1919 r. Wilhelm pisał: „Najgłębszą i najpodlejszą hańbę, jakiej kiedykolwiek dokonał jakikolwiek naród w historii, Niemcy popełnili na samych sobie. Podżegany i uwiedziony przez plemię Judy, którego nienawidzili, a które cieszyło się gościnnością u nich. To było podziękowanie, jakie otrzymał! Niech żaden Niemiec nigdy o tym nie zapomni i nie spocznie, dopóki te pasożyty nie zostaną wymazane i wytępione z niemieckiej ziemi! Ten trujący grzyb na niemieckim dębie!”. Inne ponure wynurzenie datowane jest na rok 1920: „Świat nie zazna pokoju, a zwłaszcza Niemcy, dopóki wszyscy Żydzi nie zostaną wybici na śmierć lub przynajmniej wypędzeni z kraju”. A w 1927 r. napisał: „Prasa, Żydzi i komary to plaga, od której ludzkość musi się uwolnić w ten czy inny sposób. Myślę, że najlepszy byłby gaz?”.
Można by rozpisywać się o jego głębokim poparciu dla polityki germanizacji wobec Polaków będących jego poddanymi. Ale takie hasła jak hakata czy Września, większość z nas zna z podręczników historii. Jego negatywny stosunek do Polaków znajdował także odzwierciedlenie w jego przemówieniach. W 1894 r. powiedział:
„Polscy współobywatele tutaj nie zachowują się tak jak należałoby oczekiwać i życzyć […] tylko wtedy liczyć mogą na moją łaskę i uczestniczyć w niej w tym samym stopniu co Niemcy, gdy czuć się będą bezwzględnie jako pruscy obywatele”, a po strajku szkolnym we Wrześni zapowiadał rozprawę z „z polską bezczelnością i sarmacką butą”.
To, że Wilhelm autoryzował opresyjną wobec Polaków politykę to jedno, ale trzeba też pamiętać, że był agresorem, zbrodniarzem i antysemitą.
Zadajmy sobie pytanie – całkiem na chłodno – czy chcemy we Wrocławiu przypominania takiej postaci? Czy o takie dziedzictwo nam właśnie chodzi? Ja nie mam wątpliwości, że taki napis naraża nas na pośmiewisko i to nie tylko w Polsce. Dlatego jestem mu przeciwny, nie tylko jako dyrektor wrocławskiego Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, ale również jako historyk oraz wrocławianin.
dr hab. Kamil Dworaczek
dyrektor Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej we Wrocławiu