Nawigacja

Aktualności

Spotkanie „Bohaterowie obok nas” – Góra, 23 marca 2018

  • Stefania Kolman z domu Brońska fot. Michalina Stopka
    Stefania Kolman z domu Brońska fot. Michalina Stopka
  • Józef Broński, Aniela Brońska Wiera i Jakub Krystianpoller
    Józef Broński, Aniela Brońska Wiera i Jakub Krystianpoller
  • Jakub Krystianpoller
    Jakub Krystianpoller
  • Rodzina Brońskich od lewej Aniela, Józef, Anna, Stefania
    Rodzina Brońskich od lewej Aniela, Józef, Anna, Stefania
  • Jakub Krystianpoller i Józef Broński
    Jakub Krystianpoller i Józef Broński
  • Jakub Krystianpoller, Danuta Stopka (z domu Kolman), Wiera (żona Jakuba) i Stefania Kolman (z domu Brońska)
    Jakub Krystianpoller, Danuta Stopka (z domu Kolman), Wiera (żona Jakuba) i Stefania Kolman (z domu Brońska)
  • fot. Marcin Poniecki
    fot. Marcin Poniecki
  • fot. Marcin Poniecki
    fot. Marcin Poniecki
  • fot. Marcin Poniecki
    fot. Marcin Poniecki
  • fot. Marcin Poniecki
    fot. Marcin Poniecki
  • fot. Marcin Poniecki
    fot. Marcin Poniecki
  • fot. Marcin Poniecki
    fot. Marcin Poniecki

23 marca 2018 roku, w przeddzień Narodowego Dnia Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką, w Górze (woj. dolnośląskie) odbyło się spotkanie ze Stefanią Kolman z domu Brońską. Pani Stefania wraz z całą rodziną podczas II wojny światowej ukrywała Jakuba Krystianpollera w miejscowości Smykowce koło Tarnopola.

Uczestnikami wydarzenia, które odbyło się o godzinie 11.00 w Zespole Szkół imienia gen. Sylwestra Kaliskiego była młodzież biorąca udział w finale Powiatowego Konkursu „Żołnierze Wyklęci”. Spotkanie poprowadził Jerzy Rudnicki z Oddziałowego Biura Edukacji Narodowej we Wrocławiu.
 
 
Świadectwo Stefanii Kolman z domu Brońskiej o przechowywaniu i relacjach powojennych z Jakubem Krystianpollerem w Smykowcach koło Tarnopola
 
Jakub Krystianpoller mieszkał z dziadkiem i babcią, ciocią i wujkiem we wsi Smykowce koło Tarnopola. Posiadali znaczne włości (mieli pałac, zatrudniali okolicznych mieszkańców do pracy). Byli bardzo dobrymi ludźmi, wszyscy ich szanowali. Posłali Jakuba na studia do Krakowa na farmację. Po ukończeniu studiów dziadkowie kupili mu aptekę w Tarnopolu, w której później pracował.
Po 17 września 1939 r. całą rodzinę Jakuba zesłano na Sybir. Kuba nie przyznawał się, że ma aptekę w Tarnopolu tylko, że jest pracownikiem w tej aptece. To uratowało go od zesłania na Sybir. W 1941 r. Niemcy napadli na Rosjan. W Tarnopolu przebiegał front. Jakub trafił do getta i pracował przy rozbijaniu kamieni u Niemców. Policja ukraińska w służbie niemieckiej miała nadzór nad robotnikami. Mój tato, Józef Broński, bardzo dobrze znał rodzinę Jakuba i ubolewał nad ich zesłaniem. Kiedy dowiedział się, że Jakub pracuje przy rozbijaniu kamieni wybrał się, aby spotkać Kubę i zobaczył go pracującego nieopodal, nie zatrzymując się i nie patrząc na boki tylko idąc prosto przechodząc koło Kuby powiedział do niego: „… jak będziesz miał sposobność, to uciekaj. Masz u nas schronienie”. Jakub czekał na pogorszenie pogody, była burza i wówczas uciekł. Jednak policjant ukraiński zauważył jego ucieczkę i rzucił się w pogoń za nim. Dopadł go i namawiał aby ruszył z nimi na Wołyń, gdzie banderowcy mordowali Polaków i miał im służyć jako lekarz. Kuba kategorycznie odmówił. Zaczęli się szarpać, udało mu się wyswobodzić i zaczął uciekać. Padał straszny deszcz, było bardzo ciemno i policjant nie wiedział, w którą pobiegł stronę. Przybiegł do naszego domu strasznie zmoknięty, zziębnięty i zmoczony. Ja wówczas miałam 10 lat. Bardzo dobrze wszystko pamiętam. Miałam młodszą siostrę Anielę, która miała roczek. Byliśmy przestraszeni tą sytuacją.

Tato z mamą (Anną Brońską) nakarmili Kubę, przebrali go i schowali go na strychu. Powiedzieli mi, że nie wolno mi nikomu mówić, nawet najbliższej rodzinie, że mieszka u nas Kuba. Ja byłam bardzo posłuszna swoim rodzicom. Jak nie wolno było mówić to nie wolno. Na drugi dzień tato zrobił mu kryjówkę w oborniku, który był przy stajni bardzo wysoko ułożony. Ja nosiłam mu jedzenie w wiaderku udając, że idę do stajni, a później że coś wysypuję na obornik. Długo tam nie mógł być ukrywany ponieważ było bardzo gorąco. Tato musiał mu zrobić drugą kryjówkę w oborze przy żłobie gdzie były przypięte krowy. Nocą wynosił razem z mamą ziemię, którą wyrzucali do rzeki, aby nikt się nie dowiedział. Była to taka kryjówka, że Kuba mógł tylko siedzieć. Cegły były wyjmowane, aby podać mu jedzenie i zabrać nieczystości w wiaderku. Mama to bardzo przeżywała. Mając dwoje małych dzieci bała się, że znajdą Kubę i wszystkich zabiją. Nadchodziła zima. Trzeba było myśleć o nowej kryjówce, tato zrobił nową kryjówkę w kuchni, pod murowaną kuchnią wykopał dużą dziurę, podstemplował ją, można tam było siedzieć i leżeć. Umieścił w środku pierzynę, poduszkę, kożuch. Łatwiej było podawać jedzenie i odbierać nieczystości. Bardzo się oboje z mamą natrudzili. Znowu trzeba było wynosić bardzo dużo ziemi. Kuba bardzo się cieszył, bo mógł nas słyszeć jak rozmawiamy w kuchni i z nami też rozmawiać. Przychodzili do nas znajomi sąsiedzi, rodzina – trzeba było bardzo uważać. Kuba po dłuższym czasie ukrywania miał przykurcz rąk i nóg.
Jak Rosjanie zdobyli Tarnopol to wówczas tato poszedł do sztabu wojskowego Rosjan i poprosił o zabranie Kuby z jego kryjówki. Bardzo się bał, że Niemcy znowu wrócą, a i Kuba mógł w tej kryjówce tylko siedzieć i leżeć bez światła cały czas w ciemności. Rosjanie przyszli nocą. Wzięli go na ręce i zanieśli na wóz. Kuba nie mógł chodzić był bardzo wycieńczony. Musiał uczyć się na nowo chodzenia. Walki o Tarnopol trwały ok. 6 tygodni. W sztabie Rosjan, Kuba doszedł do siebie, mógł już chodzić. Był młodym i silnym człowiekiem, szybko się zregenerował. Wysłano go na front, gdzie został ranny. Leżąc w polowym szpitalu powiedział, że pracował w aptece i zna się na lekarstwach. Jak został wyleczony to nie wrócił już do walki na froncie, tylko został leczyć rannych w szpitalu.

Stamtąd napisał list do sołtysa wsi Smykowce. Napisał tak (po polsku): „…że został ranny. Moja najmilsza, najukochańsza rodzino, ja żyję.” Sołtysem we wsi Smykowce był Ukrainiec, mąż siostry mojego taty (Anny Brońskiej, po mężu Czornomaz). Dlatego sołtys zawołał tatę, aby przeczytał ten list, bo był napisany po polsku. Tato od razu wiedział od kogo jest ten list, ale udał że nic nie wie, nie mógł się do tego przyznać, bo banderowcy zabili by nas wszystkich. W domu wszyscy cieszyli się z tej informacji.
W 1945 r. transportem przyjechaliśmy do Sulęcina. Przyjechał do nas nasz kuzyn Hanulak, który powiedział, że są wolne gospodarstwa i dobra ziemia we wsi Ligota, koło Góry, żebyśmy razem mieszkali jako rodzina. I w ten sposób osiedliliśmy się we wsi Ligota.


Jakub jak wrócił z wojny to pierwsze kroki skierował do naszego domu w Smykowcach. Był zrozpaczony jak zobaczył tam obcych ludzi. Bardzo płakał. Następnie poszedł do domu siostry mojego taty (Anny Czornomaz) i oni opowiedzieli mu historię naszego wyjazdu na zachód. Pisaliśmy do siostry taty i ona dokładnie wiedziała gdzie mieszkamy. Kuba napisał do nas, że jest bardzo szczęśliwy że nas odnalazł. Przysłał nam swoje zdjęcie z 1953 r. (fotografia z załącznika z datą napisaną przez niego). Siostra taty – Anna Czornomaz ze Smykowiec wysłała zaproszenie dla taty i mojej siostry Anieli. Było to w 1967 roku (fotografia z załącznika). Pojechali i spotkali się z Jakubem i jego drugą żoną Wierą (pierwsza żona Kuby była żydówką – ale nie pamiętam co się z nią stało – wiem tylko że nie żyje). Szczęście ze spotkania było ogromne. Nie mogli się nacieszyć sobą. Śmiali się i płakali na przemian. Opowieściom nie było końca. Jakub znowu pracował w aptece w Tarnopolu. Następnie ja wraz z córką Danutą (która była w czwartej klasie podstawówki) pojechałyśmy odwiedzić rodzinę i Kubę (w załączniku zdjęcie z pobytu w Tarnopolu- ja, moja córka Danuta, Kuba z Wierą). Później wysłaliśmy zaproszenie dla Kuby żeby nas odwiedził w Ligocie. Kuba przyjechał, opowiadał sąsiadom mieszkającym obok nas, płacząc ze szczęścia jak uratowaliśmy mu życie, bezinteresownie, z narażeniem życia własnej rodziny.


Jakub do końca życia mieszkał w Tarnopolu i został tam pochowany koło swojej żony Wiery, która zmarła pierwsza. Nie miał dzieci ani z pierwszą ani z drugą żoną. Do dnia dzisiejszego żyje w Smykowcach nasza rodzina – Czornomaz, z którą utrzymujemy kontakt listowny i elektroniczny.


Obecnie mieszkam z córką i zięciem w Górze. Mam 88 lat.
 
Stefania Kolman, z domu Brońska

fot. archiwum rodzinne

do góry